Podróż Krówki Vendorki

Podróż Krówki Vendorki

W drodze do rodzimej obórki

O niezmiennej konieczności zachodzenia zmian.

maj.2018 r.
Wzbierająca potrzeba.

Od czasu do czasu trzeba gdzieś się ruszyć. Opuścić, choćby na chwilę znajomą łąkę i wyrwać się w mniej znane - Vendorka mówiła tak coraz częściej.  
Używała przy tym Krówkowych metafor i choćby dlatego wiadomo było, że sprawa jest poważna. Kiedyż Vendorka ostatnio widziała łąkę ? Wprawdzie nie wiemy za dużo o tym, co robi w swoim prywatnym, wolnym czasie. Może nikomu nic nie mówiąc odwiedza jakieś łąki tu i tam ? Ale przecież Vendorka prawie nie ma wolnego.

Coraz częściej też odpływała myślami w sytuacjach, w których nie powinna i dotąd nie odpływała. Widać też było, że Vendorkowe odpływanie było bardzo podobne do nurkowania - po prostu Vendorka zagłębiała się myślowo w odmęt imaginacji i stawała się nieobecna. Na nic zdawało się, gdy Maksim próbował prosić ją o skupienie nad ważnymi zagadnieniami SEO. Zawsze to lubiła, śledziła nieprzerwanie tok naszych wywodów, dzieląc się niekiedy z nami swoimi wnioskami. Tomek, widząc jak Vendorka skręca myślami, nie podejmował nawet próby przerwania jej. Raz na jakiś czas wychylał się zza monitorów i spoglądał na nią, poruszając brwiami w górę i w dół, tylko po to, żeby zdiagnozować stan Vendorkowego zaangażowania w pracę biura.

W końcu któregoś dnia, w kuchni, przy ekspresie do kawy, Vendorka oświadczyła, że zdecydowała się wyjechać. Poprosiliśmy o więcej szczegółów. Bo wcześniejsze koncepcje były ciekawe i pokazywały szerokie spektrum pomysłów na wyjazd. Niektórzy stawiali na Dzicz - nie ma to jak Krówka w Dziczy. Im większa Dzicz tym lepiej resetuje - podpowiadaliśmy Vendorce. Inni wspominali o fascynacjach Vendorki kulturą basenu Morza Śródziemnego. Vendorka poddająca się magii hiszpańskich zamków, kosztująca miejscowych specjałów na Sycylii lub rozkoszująca się wegetariańskim taginem w Maroku komponowała nam się równie doskonale, jak w Dziczy. Wszystko zależało od Vendorki.

No tak, więc niedługo wyjeżdżam - powiedziała Vendorka - jadę obejrzeć z bliska niektóre plenery z filmów Woodego Allena, popatrzeć na Statuę Wolności w naturalnej wielkości, zobaczyć małą ojczyznę Łowców Duchów i przejść się śladami Władców Umysłów. Poza tym jest tam taki jeden złoty byk - można by nawiązać nowe znajomości (w tym momencie tak jakby zaczerwieniły się jej różki … ).

Wszystko jasne. A więc Vendorka jedzie do Nowego Jorku.

Lot Vendorki.
11.06.2018

Jasne, że mogła popłynąć. Krówka płynąca wygląda tak samo abstrakcyjnie jak Krówka latająca. A leci się krócej. Mimo fascynacji oceanami, życiem w głębinach i na morskich falach. Mimo koligacji rodzinnych z Morskimi Krowami, wybrała lot.

Pakowanie odkładała na ostatnią chwilę. Ostatnia chwila brzmi zobowiązująco i choćby dlatego delikatnie ekscytuje. O to właśnie chodziło. Ekscytacje są ważnym składnikiem Wyprawy.
Z tego też powodu specjalnie powoli kończyła filiżankę kawy przed wyjściem na lotnisko. Granica czerwonego pola ostatecznej rezerwy czasowej nieustannie się zbliżała.
W końcu bez przeszkód dotarła na czas na lotnisko. I tu okazało się, że okoliczności przyrody zrobiły jej psikusa.

Burze nad Europą Zachodnią. Oczywiście - do momentu kiedy do nas nie dotrą, mało kto się nimi przejmuje. Ale jeśli trzeba przelatywać nad aktywną burzą, nawet dla Vendorki sprawa nie jest łatwa. Vendorka już nie raz pokazywała, że potrafi dokonać tego, co inni uważają za niemożliwe, ale dokonuje tego na ogół wewnątrz vendorii. A teraz chodzi o lotniczy transport publiczny.
Niech sobie radzą jak umieją - pomyślała Vendorka i ruszyła do Information Desk prostować sprawy.

Bo samolot, którym miała polecieć pierwszym, krótkim lotem na jedno z wielkich europejskich lotnisk, po to by przesiąść się na lot międzykontynentalny, spóźnił się. Vendorka nie zdążyłaby na ten drugi lot. Musiała przebookować bilety jeszcze przed początkiem podróży.

Po prawie godzinie wszystko się udało. Dzięki urokowi Vendorki i dobremu nastawieniu pracowników lotniska, po całej sprawie pozostanie tylko dobre wspomnienie.
W trakcie pierwszego lotu Vendorka zasnęła tuż po starcie i obudziła się po wylądowaniu. Śniła jej się łąka ….

Żeby zdążyć na drugi lot, musiała się mocno starać. Przyleciała spóźniona, szybko przebiegała z terminalu na terminal, mijając ciągi ekskluzywnych sklepów, zerkając na boki, na przelewający się zewsząd różnojęzyczny tłum.

Zdążyła. Jest!

I okazało się, że wylot drugiego samolotu na lot międzykontynentalny także będzie spóźniony. Coś strasznego. Czekała i czekała, wynudziła się jak mops. W końcu zaczęto wpuszczać pasażerów do samolotu.

Vendorka zajęła swoje miejsce i rozejrzała się. Ani jednego wolnego miejsca. Stewardessy dwoiły się i troiły, żeby wszystkim niczego nie brakowało podczas podróży, ale i tak gwar był niesłychany.

Za oknem kłębiły się białe chmury…

Jak niebiańska łąka… bez grawitacji, bez ograniczeń i oczywiście bez deszczu…
To było to. Najedzona, śpiąca Krówka, wysoko na ziemią. Z wielką prędkością podróżuje, kołysząc się przy tym jak na huśtawce…

Na amerykańskiej ziemi

Zdwojony ruch obsługi samolotu wybudził Vendorkę z rozmarzającego snu. Po chwili szarpnięcie potwierdziło przypuszczenia - wylądowała. Vendorka nie spieszyła się. Wiedziała, że wśród pasażerów są tacy, którzy muszą być na początku, bo inaczej może im pęknąć jakaś ważna żyłka.

To dla Waszego zdrowia - myślała przepuszczając ich.

Komputerowi chłopcy w różnym wieku przebiegali obok niej. Przeciskali się między pasażerami i między sobą. Może myśleli, że to ważne, żeby wyjść z samolotu 10 min wcześniej niż inni ? Na 330 pasażerów zawsze znajdzie się kilku takich, którym śmiertelnie się spieszy.

Vendorka wyszła przedostatnia. Na spokojnie.

Skierowała się do kolejki turystów, którzy mając wizę, muszą odbyć krótką rozmowę z urzędnikiem, decydującym o ich wpuszczeniu do USA. Mimo, iż przyszła do kolejki prawie na końcu, po przejściu stanowiska tzw. „imigration” widziała kilku „komputerowych chłopców” nerwowo biegających po 3-poziomowym lotnisku.  Może szukali transportu do miasta ? A może lecieli dalej ? Może.
Był już wieczór. Przed lotniskiem powietrze pachniało inaczej.

To właśnie po to się wyjeżdża - pomyślała - żeby poczuć różnicę zapachu powietrza. A przez to  posmakować różnic. Bo różnice są smaczne. Ile czasu można jeść ciągle to samo ? Jak długo chodzić tą samą trasą ? Jak długo pracować w jednym miejscu ?  Smakowanie różnic oznacza tak naprawdę rozwój. Bo smakowanie to analiza, zastanawianie się nad strukturą różnicy, nie tylko nad samym faktem istnienia różnic. Na czym polega, jakie są jej aspekty, skąd się wzięła, gdzie może prowadzić jeśli nic nie zakłóci procesu budowania się różnic - to podstawowe przyczynki do refleksji nad światem. Niejedna Krówka zrobiła w ten sposób doktorat - uśmiechnęła się Vendorka - oczywiście doktorat z dziedzin humanistyki - jeszcze raz się uśmiechnęła.

Humanistyka w wydaniu Krówkowym powinna nazywać się co najmniej krówkomanisyką - i to byłaby taka wersja spolszczona. Ala co powiedziałyby na to Krówki-Humanistki z Włoch, Anglii, czy z krajów hiszpańskojęzycznych ? A jak wypadłaby krówkomanistyka w esperanto?

Ten wątek refleksji Vendorka porzuciła z ulgą, usprawiedliwiając się przed sobą koniecznością zebrania bagaży. Właśnie nadjeżdżał znajomy samochód, który zabrał Vendorkę wprost do rodzimej obórki na amerykańskiej ziemi.

Piotr Stanclik

Piotr Stanclik

Lubi klepać, bajdurzyć, monologować lubi ... i wić myśli, czasem grzęznąc na moment w zawiłościach dygresji, bo ułożył za bardzo złożone zdanie i zauroczył się myślą jakąś, określającą błyskotliwy, acz mniej istotny z punktu widzenia głównego wątku szczególik. Jego najgorszym wrogiem w przyszłości będzie chyba choroba Alzheimera, bo najgorzej na co dzień operując słowem, zapominać konkretnych, trafnych sformułowań. Trochę tak, jakby hafciarce wypadło z ręki szydełko …

0 Komentarzy

Dodaj komentarz